Konto usunięte:
Ślub wzięli późną wiosną następnego roku. Któregoś październikowego wieczoru inżynier wracał z pracy i niedaleko sanktuarium Matki Bożej Borkowskiej, może pięć kilometrów od domu, napotkał nieoświetlony konny wóz z pijanym woźnicą. Wbił się do połowy dyszla, tak że milicjanci z posterunku w Błażowej musieli chłopów z piłą wołać żeby uwolnić ciało. Następnego dnia ludzie znaleźli w rowie wybite serce, owinęli w Nowiny Rzeszowskie z czerwonym tytułem i odwieźli furmanką do domu.
Myslovitz zabrał paszport, dowód, prawo jazdy, kilka drobnych banknotów i rozłożył w kieszeniach spodni.
”Wesele majowe – nieszczęście gotowe” szeptały stare nauczycielki. Mama zabrała mnie do domu żałoby (ojciec pracował w rzeszowskim Eltorze i elektryfikował wsie za Wisłą w świętokrzyskiem). Szliśmy pod górę. Pod okapem stał motocykl z rozbitym reflektorem. W domu było przeraźliwie jasno. Otwarta trumna stała na czterech krzesłach. Kręcili się mężczyźni w czarnych garniturach, kobiety ubrane na czarno opiekowały się wdową. Zmarły miał włosy zaczesane do tyłu. Ubrany był w czarny garnitur. Nie było widać, że ma dziurę zamiast serca. Młoda wdowa leżała na tapczanie pod ścianą po lewej. Ubrana była w czarną krótką sukienkę bez rękawów ( był to czas Niemena, Beggar's Banquet, Mary Quant i Twiggy ). Kobiety cuciły Jadwigę solami ale zaraz potem znowu mdlała.
Zamknął drzwi na oba zamki. Do skrzynki na listy wrzucił pęk kluczy. Szybkim krokiem wyszedł z bloku, przeszedł chodnikiem przez park do skrzyżowania drogi na Sosnowiec ze starą szosą na Kraków.
Byłem głodny, byłem żądny, byłem chciwy. Moje miejsce na ziemi wyznaczały przejechane kilometry, kilogramy zjedzonych krewetek i drogich mięs, litry wylanego nasienia. Byłem bestią z ”Krainy Bogów” Miyazakiego, bez twarzy, z paszczą zamiast głowy. Byłem dobrym funkcjonariuszem świata, jaki był mi dany. W marynarce w delikatną kratę, w srebrnym aucie, z talią kart do bankomatu. Worki ze skóry muszą wypuszczać nadmiar kału, moczu, krwi i nasienia, żeby nie pęknąć, a ja muszę wypuścić nadmiar wspomnień, muszę się oczyścić żeby zacząć nowe życie. Dom trzeba oczyścić.
Indianie nie opuszczają swoich starych, swoich chorych. Razem głodują, razem umierają z głodu. Mądry starzec nie zabierze jedzenia kobiecie i dziecku. Wyjdzie z obozu ”na małą chwilkę” i już nie wróci. I Ty zostaniesz Indianinem. Zostanę. Choćby indianerem. Gównojady, całe stada na ulicach, worki z kałem, moczem spermą , krwią i żółcią; związane supłem z kości, ścięgien i skóry; ohyda , przerażające, jak ja mogłem być podobny do nich, straszne. Nie mam po co żyć bo straciłem wiarę we wszystkie bożki tego świata. Fałszywa wiara odeszła a do prawdziwej nie doszedłem, może była za rogiem a ja pojechałem prosto.
Myslovitz poszedł na katowicką Wilhelminę wzdłuż szosy 79. Nie było tam chodnika, wiec musiał iść wąska ścieżką przez trawy szczytem trzymetrowej skarpy.
Pędza ludziki w swoich samochodzikach, ja ich widzę , oni mnie nie, może istnieją naprawdę, dzięki temu, że ja ich obserwuję. Mnie już nikt nie obserwuje, już nie jestem dla innych, uciekłem wyzwoliłem się, jestem dla siebie, przejdę jeszcze przez Katowice jak duch, zjawa ze świata prze i świata po i świata obok.
Myslovitz skręcił do marketu budowlanego na granicy Mysłowic i Katowic. Obszedł wszystkie regały. Na taśmę położył dwa szare duże worki na sprzątanie po remontach, wysuwany nożyk do tapet w żółtej osłonce, pęk trójkolorowego sznurka pakowego. – Jakie są długie ? mam do wyniesienia starą boazerię . – Proszę Pana , dwa sześćdziesiąt – dwa osiemdziesiąt, na pewno starczy.
Słyszałeś o ludziach którzy stracili wiarę w ocalenie piętnaście minut drogi do oazy ? – Nie słyszałem o takich. Widziałem tysiące które wyszły z oazy na pustynię, na zatracenie. – Nie ma dla Ciebie nadziei? – Nie ma.
Na parkingu przez sklepem Myslovitz odciął metrowy kawałek sznurka i włożył do kieszeni bluzy a resztę wyrzucił do kosza. Raz jeszcze sprawdził, czy ma w reklamówce dwa worki i nożyk.
Bóg stworzył piękny świat a człowieka stworzył diabeł, żeby nie czuć się samotnym. Odrzucę dzisiaj od siebie wszystko co we mnie szatańskie, brudne, złe, oczyszczę się, będę jasny.
Myslovitz poszedł chodnikiem wzdłuż Krakowskiej na Wilhelminę na przystanek autobusowy. Kupił trzy bilety. Przyjechało 931. Na Zawodziu przesiadł się na tramwaj i pojechał do centrum . Wysiadł przed dworcem PKP. Skręcił w prawo w ulicę 3go Maja i powrzucał żebrakom do misek swoje dokumenty, opięte banderolą 10-złotowych banknotów.
Południa jeszcze nie ma a tu tłumy nierobów. Co za ludzie, jacy ludzie, barany lękliwe i bezmyślne. Szatan z kurwą siedzą na tronie, pięć procent to kozły-judasze, a reszta to barany. Terror nie do wytrzymania. Podzielić świat na dwie części, kraj ludzki i kraj nieludzki. Do nieludzkiego rzucimy Anglię, Rosje i Czechy. I Anglię bez Irlandii Północnej i kolonii, żeby bogobojni Irlandczycy i pracowici Szkoci, choćby w ramach Stanów, mogli zakosztować wolności. A jak wyjdzie kurwa ze strefy nieludzkiej to bez gadania pociąć maczetą na pięć co najmniej kawałków, fosforem posypać i spalić, co by mięso zatrute nie zaszkodziło psom, kotom i szczurom.
Stawową przeszedł na Mickiewicza i dalej na dworzec PKP.