las ( fragment miniatury   
Konto usunięte: - To grzech. – To żaden grzech, przecież Pismo mówi wyraźnie: są Ci oko albo ręką powodem do grzechu, odetnij je; moje całe ciało jest grzeszne, muszę je zniszczyć, mam polskie ciało z przeklętego plemienia ludożerców, muszę je zniszczyć, to tak jakbym zabił mordercę, rabusia, to nie grzech, to święty obowiązek.

Przestań , wreszcie ! O co ci chodzi ? Możesz wrócić ? - Mogę. - Chcesz wrócić to wróć. Wracasz czy nie ? - Pójdę jeszcze kawałek. - No to idź do lasu, nabierz chęci do życia. Podstarzały znudzony gnojek urządza sobie psychoterapię. - Nieprawda.
Gorączka, gorączka, cały płonę. Mam pewność niezachwianą że to Bóg stworzył ten świat a człowieka diabeł. Trzeba się oczyścić , wyrzucić z siebie wszelkie ludzkie wspomnienia, i po raz kolejny stanąć na starcie, czystym i świeżym. Gorączka, ekscytacja, podniecenie. Ważne są nacięcia w worku, przez nie dostanę trochę tlenu, żebym nie szalał zanim trucizna zacznie działać, i żeby gazy z gnijącego trupa wyszły spokojnie na zewnątrz i nie rozerwały worka, niech leży spokojnie, posypany kurzem i igliwiem sosen.

W lesie zbuduję ogromną świątynię, moje Tadź Maral tandetne, wieżę wysoką w głąb, bramę zawartą w murze zburzonym, dom czarny w czarnym kręgu, mój nowy ostatni dom.

Jestem zerem. Może dlatego tu jestem. – Wiesz, że nie musi tak być. – Nikomu nie muszę niczego udowadniać. Mam żyć tylko po to sprzedawca porsche na Kochłowickiej zarobił prowizję, żeby lekarze z Ochojca dostali parę gorszy z funduszu ? – Dlaczego nie chcesz dać pracy pielęgniarkom z Ochojca ? To miłe dziewczyny, mają dzieci na utrzymaniu. – Nie bierz mnie na litość. Przecież zostawiam im cały świat. Kołderka jest jedna. Zostaje dla was więcej ziemi, wody, jedzenia. I mieszkanie wam zostawiam, i auto. Pracę wam zostawiam. Moi konkurenci zarobią więcej, obeżrą się jak świnie, kupią niebezpieczne szybkie auta. Trafią na ojom albo na kardiologię. Samotne matki z Ochojca dostaną kasę , kupią dzieciom zabawki.

Nie martwię się o Was. Nie martwcie się o mnie. Będę słońcem, będę wodą, będę wiatrem. Skałą też będę, i ogniem.

Znam Wasze imiona: Ty nazywasz się Strach o Siebie, a Ty Strach o Innych. Wrogowie zajadli i krewni najbliżsi. Piękne i okrutne dzieci prostego mechanizmu. Czerwone bezpieczniki, wtyk męski i wtyk żeński, blokada alfa i drgnienie alfa, kabel czerwony i kabel niebieski. Przetnę Was oba. Już za chwilę. Już się cieszę. – Zabijesz swojego Ojca ? – Nie jesteś moim ojcem. Mój Ojciec, jeżeli jest, będzie na mnie czekał. Aż się przebudzę. Zawiodłem się na Was. Przez całe życie byłem słaby i to Wy dawaliście mi siłę i wiarę i cel. Dzięki Wam mogłem żyć i mogłem zabijać. Dzisiaj jesteście słabi, niezdecydowani, wypaleni z marzeń. Nie możecie mi nic zaproponować prócz mechanicznego przedłużenia egzystencji o tydzień, miesiąc, rok. Jesteście już starzy, może bardziej niż ja. Ja mam przynajmniej pomysł na własna śmierć. Jestem od Was lepszy. Przez całe życie dawałem się Wam prowadzić ale dzisiaj to ja zaprowadzę Was na ofiarny ołtarz i złożę z Was ofiarę. Najciemniej jest przed świtem, pamiętasz, wiele razy to mówiłeś, i sobie i innym.- Pamiętam. Bóg dał mi to ciało i dzisiaj mi go zabierze. – Nikt ci niczego nie dał. – To jeszcze lepiej, mogę zrobić co tylko zechcę, a dzisiaj chcę cały dzień poświęcić śmierci, należy jej się, całe życie tylko życie i życie, jeden dzień należy się mojej śmierci. Piątek, dwudziestego piątego czerwca, dwa tysiące dziesięć.

Chcę być znakiem zapytania, niedopowiedzeniem, rubryka niewypełnioną. Nie chcę mieć małego grobu na małym cmentarzu, chcę mieć cały świat za nowy dom.

- Opuściłeś umierająca matkę, i pojechałeś zabawiać się z kurwami w Szczecinie. – Nieprawda, kłamstwo. Prowadziłem interesy, załatwiałem sprawy. – Niczego nie załatwiałeś. – Dobrze, musiałem być pod telefonem, nie mogłem rozmawiać przy łóżku Mamy . – Zabawiałeś się, gdy umierała twoja matka . – Nie mogłem przewidzieć, kiedy mamie się pogorszy, miałem siedzieć latami przy jej łóżku ? Byłem przy Tacie, kiedy umierał. W swoim jasnym gabinecie pisałem jakieś raporty do pierwszej w nocy, słuchałem radio. Potem poszedłem do domu rodziców, powiedziałem mamie żeby zdrzemnęła się bo ja przypilnuje Tatę. Dałem mu pić, już nic nie mówił, był taki strasznie wychudzony. Około czwartej chciał mi coś powiedzieć, w sypialni było ciemno, tylko w kuchni świeciła się boczna lampka. Popatrzył na mnie, stalowe oczy powoli zmieniły barwę na smoliście czarną, zapytałem czy chce pić, i czy obudzić Mamę, i wtedy zwiotczał mi w rękach i jakby zmalał. Przykro mi ,że nie byłem przy mamie, ale nie czuję się winny.

Chłopaki z Centrum się cieszą, dokumenty już pewnie opylili po 200 złotych i teraz zbierają się w bandy, uczciwie po pańsku kupują w sklepie butelki 0,7 litra i śledzie w słoikach na zagrychę. Będzie wesoło, będzie grubo, chociaż przez chwilę, zasną jak ktoś naprawdę ważny, a moje papiery rozjadą się po Polsce, może odwiedzą Włochy albo Hiszpanię.

- Co ci ojciec powiedział? – Nie rozumiem ? – Co ci ojciec powiedział ? – Wiele rzeczy mi mówił przez całe swoje życie. – Co ci ojciec powiedział. – Daj mi spokój . - … nie daje Ci to spokoju ? … co ci ojciec powiedział – Kiedy – Wiesz kiedy. – Przyjechał późnym wieczorem, był zdenerwowany, chyba o to że rzuciłem pracę. Głupoty jakieś wygadywał, był nerwowy, taka natura. – Co ci powiedział ? – Nic, byłem u siebie w pokoju na piętrze, mówił coś do mamy. – Że ze mnie nic nie będzie, że się mnie wstydzi. - … i co jeszcze? - …żebym, że najlepiej będzie jak się powieszę, ale to w gniewie powiedział, potem tego żałował. Ludzie w nerwach różne głupoty wygadują. – I po to ci były te wszystkie kobiety, konta na Seszelach, firmy na wyspie Man, limuzyny prosto z salonu? Widzisz, nic ci to nie pomogło, jednak idziesz się powiesić. – Milcz parszywcu. – Wory z sobą targasz, i kawał sznura. Przegrałeś. – Niczego nie przegrałem, bierzesz mnie na ambicję, brudna świnio. Czepiasz się mojego ojca, tacy jesteście, świnie, brudne świnie, śmiecie, bękarty z rannego wytrysku, gnoje, brudasy moralne i szmaty w gównie, śmierdziele, pajace, won ode mnie, huje z wysypiska, tacy jesteście. Nadajecie się tylko do pocięcia siekierą i spalania , żeby się szczury okoliczne nie potruły. – Szczury ci twarz wyżrą, kiedy będziesz zamroczony perazyną. – Co za gnoje, nie do uwierzenia, jak to się życia trzymają za wszelką cenę. Zabić ich jeszcze dzisiaj.
- Zniszczyłeś wózek kalekiemu chłopcu, 25 czerwca 1977 roku. – Nieprawda, nieprawda. – Zniszczyłeś i uciekłeś. – To nie było tak. – Tak , tak. – Jechałem autobusem, 26-tką do kina Apollo na 3-go Maja, za rondem na Powstańców Warszawy Pani poprosiła mnie żebym pomógł jej wyciągnąć wózek z chłopcem około ośmioletnim, pewnie miał niedowład nóżek , i ja chwyciłem za aluminiowy drążek łączący piasty kółek i wystawiłem wózek na zewnątrz , a gdy już autobus ruszył zauważyłem, że Pani pochyla się na wózkiem, bo chyba drążek wypadł z jednej piasty, wystarczyło tylko włożyć go z powrotem do otworu. – Już na schodach autobusu zauważyłeś że urwałeś drążek, położyłeś go między szprychami i uciekłeś do autobusu. – To się stało tak szybko. – Skrzywdziłeś kalekiego chłopca i pojechałeś na rumuński film o piratach. – Autobus ruszył, co mogłem zrobić. – Wysiąść na następnym przystanku, to tylko trzysta metrów , trzy minuty marszu. – Nie prawda, to połowa obwodnicy, trzy kilometry. – Kłamiesz, krzywdzicielu kalekich dzieci. – Wydałem górę pieniędzy dla chorych dzieci. - …śmieszny jesteś, skrzywdziłeś kalekie dziecko i jesteś potępiony do końca światów. Umrzesz w udręce. – Daj mi spokój, jestem w udręce, czy nie możesz dać mi spokoju, nic już nie mogę zrobić, mogę się tylko zabić. Zrobiłem cos strasznego i zapłacę dzisiaj za to swoim życiem, niczego więcej nie mogę zrobić. Jestem gotowy na nowe kręgi udręki.

Myslovitz przedarł się przez mur z krzewów i wysokiej trawy broniący dostępu do lasu. Las był rzadki, przestrzelony słońcem. Krążył długo, uciekając od przecinek i ścieżek. Wybierał szlaki nowe. Znalazł jar długi na kilkadziesiąt metrów, głęboki na dwa, miejscami trzy metry. Dnem wił się wąziuteńki pas błota, gdzieniegdzie pokryty wodą. Ściany jary były bardzo strome, prawie pionowe, widać wiosną przeszła tędy masa wody i poszerzyła dno.

Drzewa wysokie do nieba a tak kolorowe, tak trójwymiarowe jakby były dekoracją. Widzę każda igiełkę, każden listek aż do samego bladego nieba. Jestem malutki, gdzieś przy ziemi i stoję, a drzewa takie wysokie takie kolorowe idą obok mnie, takie wysokie takie do nieba. Wprost nie mogę się napatrzeć i nadziwić niebotycznej piękności.
9-08-2010 09:48 | cytuj
Załączniki:
inne
z wierszoteki Patronów ' Sunęła poprzez czarne łąki Sunęła przez spalony las Mijała bram zwęglone szczątki Płynęła przez wspomnienia... czytaj dalej »

© 2010 myiooi.com